dasNichts

Apr 13 2009

zmiana maila

z okazji świąt jest laba — nie trzeba czytać mądrych artykułów i nie trzeba robić dowodów, więc spacerujemy sobie z Karoliną (patrz zdjęcie poniżej), jemy dużo jedzenia, rozważamy o prawach homoseksualistów w USA i w EU, a także (lub przede wszystkim) obijamy się. w trakcie tego obijania przypomniałem sobie, że może warto by rozejrzeć się za jakimś nowym adresem mailowym. po co? zaraz wyjaśnię.

mój główny adres mailowy od mniej więcej połowy 2005 roku to king.pest (małpa) gmail.com. założyłem to konto w czasach, gdy gmail był jeszcze invite only, a ja byłem wtedy tylko małym chłopcem. nie podejrzewałem, że za parę lat przyda mi się poważniejszy adres (typu piotr.kazmierczak lub pkazmierczak @domena), i że nie będzie go wtedy tak łatwo założyć. loginy wymienione powyżej już dawno są zajęte na gmailu, więc skorzystałem z gmail for your domain i zrobiłem sobie skrzynki “piotr.kazmierczak” oraz “piotr” w domenie dasnichts.net. jednak przyszedł rok 2009, zestarzałem się jeszcze bardziej i stwierdziłem, że ta domena jest zbyt śmieszna, i że nie warto przedłużać jej na kolejny rok. mam oczywiście bardzo poważne adresy w domenach student.kuleuven.be i student.uw.edu.pl, ale one też prędzej czy później (a raczej prędzej, niż później) wygasną, więc problem sensownego i poważnego adresu mailowego pozostaje otwarty. co jednak zrobić, jeśli na gmailu nie ma dostępnych sensownych loginów? szukać gdzie indziej.

tylko gdzie? gmail dla wielu stał się synonimem poczty internetowej i faktycznie trudno sobie wyobrazić maila wstawiającego reklamy do stopki, nie pozwalającego na automatyczny forwarding, nie obsługującego pop3 i imapa jednocześnie, pozbawionego na dodatek miłego ajaksowego interfejsu dostępnego przez www. gmail zmienił standardy do tego stopnia, że gdy tylko widzimy stronę do rejestracji nowego konta u większości innych dostawców, od razu mamy ochotę ją zamknąć. w takim układzie odpada większość polskich usług. (nie)chlubna gazeta.pl niby może być, ale z powodów politycznych też odpada. z podobnych powodów nie skorzystam ze świetnych ofert ruskich providerów (mail.ru czy pochta.ru są całkiem niezłe). yahoo ssie, mail.com ma niby świetną domenę, ale w wersji darmowej ssie jeszcze bardziej niż yahoo. zenbe ma podobno być nowym gmailem, ale na razie nie działa. wypróbowałem kilka innych, aż w końcu trafiłem na starego GMX-a, który jest chyba jednym z najstarszych nadal dzielnie się trzymających dostawców darmowego maila.

wrażenia głównie pozytywne. obsługuje imap i pop, ma ajaksowy interfejs (pewnie nie tak dobry jak gmail, ale ja i tak przez znaczną większość czasu korzystam z programu pocztowego — już taki ze mnie staroświecki typ), udostępnia forwarding, zaawansowane filtry i może ciągnąć za pomocą popa maile z innych (max. 10) kont. mój nowy adres to pkazmierczak (maaaałpa) gmx.com i powoli będę go wdrażał. nie zdecydowałem jeszcze, czy całą pocztę z tego adresu będę forwardował na gmaila, chociaż pewnie tak, bo pomimo różnych zaleta gmxa sprawdzanie poczty z więcej niż jednego konta to jednak rasowa PITA.

wnioski z całej tej przygody (lub: “z tych badań”) są następujące:

  • gmail jest najlepszą darmową usługą udostępniającą skrzynki pocztowe i basta;
  • nie oznacza to jednak, że nie da się żyć nie używając gmaila…
  • …bo w końcu zawsze można go używać jako backendu dla innego adresu.
aha, no i jeśli ktoś ma taki sam problem jak ja (znaczy jeśli ktoś poszukuje adresu pocztowego, który na gmailu jest już zajęty) to z czystym sumieniem mogę gmxa polecić. tyle.
Feb 12 2009
stałem się zupełnym puchaczem i w związku z tym nie mam w zwyczaju wstawać zbyt wcześnie rano. dlatego gdy słyszę dzwonek do domofonu przed ósmą, to na dobrą sprawę nie wiem co robić. po pierwsze dlatego, że nie jestem do końca obudzony i nie wiem, co się tak naprawdę dzieje. po drugie dlatego, że jak już wstanę z łózka i podniosę domofonową słuchawkę, to nie wiem w jakim języku mam mówić, ani w jakim języku mówi osoba po drugiej stronie. po trzecie wreszcie, gdy już odłożę słuchawkę, kładę się automatycznie spać i nie pamiętam, że wstawałem (dopiero później, jak mi Karolina powie, że coś dzwoniło rano, to powoli sobie całą sytuację przypominam). 
dziś listonosz zadzwonił chyba o wpół do ósmej — dokładnie nie wiem, bo spałem. wstałem z łóżka, wciągnąłem spodnie na piżamę (dzwonią do mnie — znaczy: będą coś chcieli), podniosłem słuchawkę i jedyne, co pamiętam, to że ktoś po drugiej stronie powiedział “post!”, więc ja, na zasadzie odruchu bezwarunkowego, odrzekłem mu zaspanym głosem “oh yeah, sure, come on in”, nacisnąłem kluczyk na domofonie, po czym siadłem sobie na łóżku i zacząłem bardzo powoli myśleć. tak mniej więcej przebiegało moje racjonalne, a jakże, rozumowanie:


jeśli gość krzyczał “post!”, to pewnie jest z poczty;
jeśli jest z poczty i chciał wejść, to pewnie ma jakąś paczkę;
dzwonił do mnie pewnie dlatego, że nie mógł się dodzwonić do kogoś innego; 
do kogoś innego, czyli do adresata paczki;
adresatem paczki nie jestem przecież ja, bo paczki się nie spodziewam (niby od kogo, hę?);
poza tym, gdybym nawet jakimś cudem był adresatem paczki, to listonosz zadzwoniłby jeszcze raz;
dlaczego miałby dzwonić ponownie nie wszedłszy od razu? ano dlatego, że u nas nie ma numerów mieszkań na drzwiach, więc gość nie wiedziałby nawet, na którym piętrze mnie szukać; 
skoro nie dzwoni ponownie, to zapewne paczkę ma dla kogo innego; 
skoro ma paczkę dla kogo innego, to ja spokojnie mogę ściągnąć spodnie i położyć się na powrót do łóżeczka. 

przeprowadzenie powyższego rozumowania zajęło mi jakieś pięć minut, więc mogłem założyć, że paczka nie jest do mnie i iść spać, co też uczyniłem. 

obudziliśmy się po dziewiątej, bo o 11:00 mamy advanced logic z Vergauwenem. wstaliśmy, umyliśmy się, zjedliśmy śniadanko (uprzejmie donoszę, że Karolina zjadła ostatnie resztki masła orzechowego nie podzieliwszy się ze mną), zamknęliśmy mieszkanie i zjechaliśmy windą na dół. jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy na schodach na parterze znaleźliśmy paczkę zaadresowaną do mnie! wzięliśmy ją ze sobą na zajęcia Vergauwenowe, przez co wcale nie mogłem się skupić na ich treści, bo cały czas zastanawiałem się nad tym, co jest w tej paczce. 
wróciliśmy do domu na obiad, więc zaraz po przekroczeniu progu dorwałem się do szabli i nuże otwierać paczkę. a w paczce, jak się okazało, oprócz zdjęcia moich rodziców (na którym starają się wyglądać młodo, co średnio im się udaje — podpisać zdjęcie sprzed paru lat dzisiejszą datą to każdy potrafi, kochani! siwych włosów nie wolno się wypierać!) znalazłem piękny zegarek! ciężki jest jak cegła (ale, jak uczył Boris The Sneaky F***in’ Russian: “heavy is good, heavy is reliable”), w stalowej kopercie, wodoodporny i ze stoperem (takim wskazówkowym, eleganckim). piękny prezent, przyda się bardzo. 
wnioski, jakie wysnuwam z dzisiejszych przygód, są następujące:


nie wolno olewać listonosza, bo się wkurzy i zostawi paczkę na schodach;
cieszę się, że mieszkam w Belgii, a nie w Polsce, bo tam by taka paczka nie wytrzymała kilku godzin leżąc i czekając na właściciela; sądzę, że najdalej po piętnastu minutach dostałaby nóg i gdzieś by poszła;
zawsze należy pomyśleć, zanim odłoży się słuchawkę domofonu i rzuci mechaniczne “sure, come on in”.

stałem się zupełnym puchaczem i w związku z tym nie mam w zwyczaju wstawać zbyt wcześnie rano. dlatego gdy słyszę dzwonek do domofonu przed ósmą, to na dobrą sprawę nie wiem co robić. po pierwsze dlatego, że nie jestem do końca obudzony i nie wiem, co się tak naprawdę dzieje. po drugie dlatego, że jak już wstanę z łózka i podniosę domofonową słuchawkę, to nie wiem w jakim języku mam mówić, ani w jakim języku mówi osoba po drugiej stronie. po trzecie wreszcie, gdy już odłożę słuchawkę, kładę się automatycznie spać i nie pamiętam, że wstawałem (dopiero później, jak mi Karolina powie, że coś dzwoniło rano, to powoli sobie całą sytuację przypominam).

dziś listonosz zadzwonił chyba o wpół do ósmej — dokładnie nie wiem, bo spałem. wstałem z łóżka, wciągnąłem spodnie na piżamę (dzwonią do mnie — znaczy: będą coś chcieli), podniosłem słuchawkę i jedyne, co pamiętam, to że ktoś po drugiej stronie powiedział “post!”, więc ja, na zasadzie odruchu bezwarunkowego, odrzekłem mu zaspanym głosem “oh yeah, sure, come on in”, nacisnąłem kluczyk na domofonie, po czym siadłem sobie na łóżku i zacząłem bardzo powoli myśleć. tak mniej więcej przebiegało moje racjonalne, a jakże, rozumowanie:

  • jeśli gość krzyczał “post!”, to pewnie jest z poczty;
  • jeśli jest z poczty i chciał wejść, to pewnie ma jakąś paczkę;
  • dzwonił do mnie pewnie dlatego, że nie mógł się dodzwonić do kogoś innego;
  • do kogoś innego, czyli do adresata paczki;
  • adresatem paczki nie jestem przecież ja, bo paczki się nie spodziewam (niby od kogo, hę?);
  • poza tym, gdybym nawet jakimś cudem był adresatem paczki, to listonosz zadzwoniłby jeszcze raz;
  • dlaczego miałby dzwonić ponownie nie wszedłszy od razu? ano dlatego, że u nas nie ma numerów mieszkań na drzwiach, więc gość nie wiedziałby nawet, na którym piętrze mnie szukać;
  • skoro nie dzwoni ponownie, to zapewne paczkę ma dla kogo innego;
  • skoro ma paczkę dla kogo innego, to ja spokojnie mogę ściągnąć spodnie i położyć się na powrót do łóżeczka.

przeprowadzenie powyższego rozumowania zajęło mi jakieś pięć minut, więc mogłem założyć, że paczka nie jest do mnie i iść spać, co też uczyniłem.

obudziliśmy się po dziewiątej, bo o 11:00 mamy advanced logic z Vergauwenem. wstaliśmy, umyliśmy się, zjedliśmy śniadanko (uprzejmie donoszę, że Karolina zjadła ostatnie resztki masła orzechowego nie podzieliwszy się ze mną), zamknęliśmy mieszkanie i zjechaliśmy windą na dół. jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy na schodach na parterze znaleźliśmy paczkę zaadresowaną do mnie! wzięliśmy ją ze sobą na zajęcia Vergauwenowe, przez co wcale nie mogłem się skupić na ich treści, bo cały czas zastanawiałem się nad tym, co jest w tej paczce.

wróciliśmy do domu na obiad, więc zaraz po przekroczeniu progu dorwałem się do szabli i nuże otwierać paczkę. a w paczce, jak się okazało, oprócz zdjęcia moich rodziców (na którym starają się wyglądać młodo, co średnio im się udaje — podpisać zdjęcie sprzed paru lat dzisiejszą datą to każdy potrafi, kochani! siwych włosów nie wolno się wypierać!) znalazłem piękny zegarek! ciężki jest jak cegła (ale, jak uczył Boris The Sneaky F***in’ Russian: “heavy is good, heavy is reliable”), w stalowej kopercie, wodoodporny i ze stoperem (takim wskazówkowym, eleganckim). piękny prezent, przyda się bardzo.

wnioski, jakie wysnuwam z dzisiejszych przygód, są następujące:

  • nie wolno olewać listonosza, bo się wkurzy i zostawi paczkę na schodach;
  • cieszę się, że mieszkam w Belgii, a nie w Polsce, bo tam by taka paczka nie wytrzymała kilku godzin leżąc i czekając na właściciela; sądzę, że najdalej po piętnastu minutach dostałaby nóg i gdzieś by poszła;
  • zawsze należy pomyśleć, zanim odłoży się słuchawkę domofonu i rzuci mechaniczne “sure, come on in”.
Jan 17 2009
moamy:

Christina’s World

o proszę, własnie mi się przypomniało, że pisałem kiedyś jakąś pracę o tym obrazie i nawet nie wiem, na jakie zajęcia, gdzie ją mam, co za nią dostałem i czy była dobra. 
starość nie radość, za miesiąc skończę 24 lata.

moamy:

Christina’s World

o proszę, własnie mi się przypomniało, że pisałem kiedyś jakąś pracę o tym obrazie i nawet nie wiem, na jakie zajęcia, gdzie ją mam, co za nią dostałem i czy była dobra.

starość nie radość, za miesiąc skończę 24 lata.

Dec 09 2008

o torebkach foliowych

siedzę sobie od rana w bibliotece i piszę pracę magisterską, i dochodzę do wniosku, że najlepszym wynalazkiem ludzkości jest torebka foliowa. dlaczego? otóż dlatego, że rano była całkiem niezła pogoda, a teraz śnieg z deszczem pada. i wszystkim tym frajerom, co zaparkowali rowery pod instytutem i nie nałożyli torebek foliowych na siodełka, okropnie przemoknie dupsko (bo takie nasiąknięte śniegiem z deszczem siodełko niełatwo jest wytrzeć, o nie!), a tym cwaniakom (/me included!), co wzięli i nałożyli torebeczki foliowe na siodełka, dupska nie zmokną.

ot, jakim genialnym w swej prostocie wynalazkiem jest torebka foliowa.

Nov 11 2008
[Flash 9 is required to listen to audio.]

z okazji Święta Niepodległości nagranie patriotyczne, które zamieściło 11 listopada 2004 nieistniejące już “Życie”. to była cała płyta wypełniona przeróżnymi interpretacjami Mazurka Dąbrowskiego, a możliwość jej wysłuchania zawdzięczam panu Melonowi. w ogóle, to 11 listopada 2004 świętowałem Independence Day z tymże w DS nr 3 na Kickiego, bardzo hucznie i bardzo przyjemnie, jak sobie teraz przypominam.

czy to już cztery lata temu było? ech, życie…

Oct 15 2008
posłuchajcie, ludzie, bo opowiem wam, jak się po Leuven jeździ na rowerach. 

jeździ się szybko, wszędzie i na wariata. znak widoczny po lewej, z tabliczką “UITGEZONDERD” i rysunkiem (moto)rowerku to ostrzeżenie dla kierowców samochodów: tu też mogą jeździć ci rowerowi wariaci. bo trzeba wam wiedzieć, drodzy czytelnicy, że rowerzyści tutejsi za nic mają sobie przepisy ruchu drogowego. jeżdżą środkiem, zajeżdżają sobie drogę, jeżdżą pod prąd (na większości ulic oficjalnie im się na to pozwala), jeżdżą obok siebie (to też wolno oficjalnie) i ogólnie królują na ulicach tego pięknego miasta. piesi muszą uważać, kierowcy samochodów muszą uważać. najlepsze jest to, że jadąc np. w poniedziałek ok. 11:00 Tiensestraat, przy której jest mnóstwo różnych budynków uniwersyteckich i całkiem spora stołówka studencka (Alma 1), można spotkać kierowców samochodów sunących z prędkością 5 km/h za chmarą rowerzystów. nikt nie trąbi, nikt nie klnie przez okno. nie spotkałem się nigdy z agresją ze strony kierowców, wręcz przeciwnie: zbliżając się z rowerem do przejścia dla pieszych lub przejazdu na ścieżce rowerowej z zamiarem przejazdu na drugą stronę Ringu (obwodnicy miejskiej, jedynej wielopasmowej jezdni w Leuven), wszyscy kierowcy momentalnie się zatrzymują, żeby przepuścić rowerzystę lub pieszego. 

oczywiście jest kilka ulic w mieście, gdzie zakazy wjazdu dotyczą rowerzystów, np. wspomniana Tiensestraat jest jednokierunkowa i ludzie raczej to respektują. kilka ciasnych uliczek w centrum miasta jest zakazanych dla rowerzystów (znak po prawej), a poza tym są też inne ograniczenia: znaki i światła na ścieżkach rowerowych! tak jest, czasem jedzie się ścieżką z pierwszeństwem przejazdu, a innym razem nie. uważać także należy, aby nie wjeżdżać na skrzyżowanie na pomarańczowym świetle dla rowerzystów, bo zamienia się ono w czerwone dużo szybciej niż to dla samochodów. aha, no i trzeba pamiętać o światłach jak się jeździ po okolicach kampusu Arenberg, bo teren jest zalesiony, a ciemno robi się coraz wcześniej. 

poza tymi drobnymi niedogodnościami można Leuven spokojnie uznać za skrajnie prorowerowe i… niestety nieco antysamochodowe. parkingów w mieście jest jak na lekarstwo i nie buduje się ich więcej. wszystkie ulice są jednopasmowe, jest mnóstwo jednokierunkowych, a strefa ścisłego centrum jest zamknięta dla większości samochodów (dostęp tylko dla De Lijn, służb miejskich, pojazdów uniwersytetu i jakichś tam jeszcze uprzywilejowanych). ech, gdyby tak było choćby w niektórych polskich miastach…

posłuchajcie, ludzie, bo opowiem wam, jak się po Leuven jeździ na rowerach.

jeździ się szybko, wszędzie i na wariata. znak widoczny po lewej, z tabliczką “UITGEZONDERD” i rysunkiem (moto)rowerku to ostrzeżenie dla kierowców samochodów: tu też mogą jeździć ci rowerowi wariaci. bo trzeba wam wiedzieć, drodzy czytelnicy, że rowerzyści tutejsi za nic mają sobie przepisy ruchu drogowego. jeżdżą środkiem, zajeżdżają sobie drogę, jeżdżą pod prąd (na większości ulic oficjalnie im się na to pozwala), jeżdżą obok siebie (to też wolno oficjalnie) i ogólnie królują na ulicach tego pięknego miasta. piesi muszą uważać, kierowcy samochodów muszą uważać. najlepsze jest to, że jadąc np. w poniedziałek ok. 11:00 Tiensestraat, przy której jest mnóstwo różnych budynków uniwersyteckich i całkiem spora stołówka studencka (Alma 1), można spotkać kierowców samochodów sunących z prędkością 5 km/h za chmarą rowerzystów. nikt nie trąbi, nikt nie klnie przez okno. nie spotkałem się nigdy z agresją ze strony kierowców, wręcz przeciwnie: zbliżając się z rowerem do przejścia dla pieszych lub przejazdu na ścieżce rowerowej z zamiarem przejazdu na drugą stronę Ringu (obwodnicy miejskiej, jedynej wielopasmowej jezdni w Leuven), wszyscy kierowcy momentalnie się zatrzymują, żeby przepuścić rowerzystę lub pieszego.

oczywiście jest kilka ulic w mieście, gdzie zakazy wjazdu dotyczą rowerzystów, np. wspomniana Tiensestraat jest jednokierunkowa i ludzie raczej to respektują. kilka ciasnych uliczek w centrum miasta jest zakazanych dla rowerzystów (znak po prawej), a poza tym są też inne ograniczenia: znaki i światła na ścieżkach rowerowych! tak jest, czasem jedzie się ścieżką z pierwszeństwem przejazdu, a innym razem nie. uważać także należy, aby nie wjeżdżać na skrzyżowanie na pomarańczowym świetle dla rowerzystów, bo zamienia się ono w czerwone dużo szybciej niż to dla samochodów. aha, no i trzeba pamiętać o światłach jak się jeździ po okolicach kampusu Arenberg, bo teren jest zalesiony, a ciemno robi się coraz wcześniej.

poza tymi drobnymi niedogodnościami można Leuven spokojnie uznać za skrajnie prorowerowe i… niestety nieco antysamochodowe. parkingów w mieście jest jak na lekarstwo i nie buduje się ich więcej. wszystkie ulice są jednopasmowe, jest mnóstwo jednokierunkowych, a strefa ścisłego centrum jest zamknięta dla większości samochodów (dostęp tylko dla De Lijn, służb miejskich, pojazdów uniwersytetu i jakichś tam jeszcze uprzywilejowanych). ech, gdyby tak było choćby w niektórych polskich miastach…

Sep 19 2008

tricky thingsy

“Europa zachodnia co chwila atakuje nas różnymi tricky thingsami”, powiedziała właśnie Karolina. i to jest prawda, która nam o sobie przypomina codziennie.

Leuven w epoce Pyszczków zaskakiwało głównie nowoczesną bankowością. tym, że bankomaty były inne, że były protony i inne cuda. obecnie polskie banki również wydają karty chipowe, więc można ich tu używać, a protony jeszcze nie zrobiły na nas żadnego wrażenia, simply dlatego, żeśmy ich jeszcze na oczy nie widzieli. bankowość zaskakuje nas tu jedynie postawą wobec klienta: gdy się wchodzi do banku, to najpierw zajmuje się klientem gość którego nazwaliśmy z Karoliną portierem; taki pan, który pyta się w czym może pomóc, sadza na foteliku i pyta, czy mamy chwilę aby poczekać. dalej szok jest tylko pogłębiany (jak to na zachodzie), bo po chwili przychodzi pan lub pani bankier, wita się i zaprasza do swojego bankowego zakątka. tam już jest w miarę normalnie, zupełnie jak w Polsce — wypełnia się stosy papierków, następuje kserowanie, podpisywanie i przypieczętowywanie. ostatnią różnicą jest to, że w Belgii pan lub pani bankier odprowadza klienta do drzwi i podaje strzałkę na pożegnanie. ale nie o bankowości miało być dzisiaj, tylko o różnych tricky thingsach.

w Belgii, jak to w Europie zachodniej, dużo jest na każdym kroku techniki w postaci automatów. przykłady:

  • w sklepach spożywczych spotyka się automaty do krojenia pieczywa, ich obsługi nauczyła mnie wczoraj pewna Pani w sklepie Delhaize: bierze się chlebek z półki, wsadza się go w odpowiednią dziurę w maszynie, naciska się zielony guzik “start” i po chwili na dole chlebek wyskakuje pokrojony; proste? prawie, bo jeszcze potem chlebek trzeba zapakować do odpowiedniej torby z odpowiednim numerkiem, bo na torbach są kody kreskowe i w kasie potem nikt nie patrzy na to, co jest w środku, a nie chcielibyśmy przecież oszukiwać belgijskich kasjerów, prawda?
  • płacenie w sklepach za pomocą karty kredytowej również nie jest proste, bo trzeba samemu kartę wpakować w czytnik i coś z nią jeszcze zrobić — co? nie wiem, nie próbowałem;
  • w niektórych sklepach występuje dodatkowy superintrygujący element: czytniki kodów kreskowych, jakieś kluczyki z chipami i kasy samoobsługowe; jak tego wszystkiego używać jeszcze nie wiem i boję się kogokolwiek spytać;
  • w kapitalnej Campusbibliotheek Arenberg, czyli bibliotece kampusu “ściśle-technicznego” (będzie o niej więcej innym razem), są też automaty do wypożyczania i oddawania książek; opanowanie ich nie jest trudne i dzięki nim, jak mniemam, nie ma kolejek przy wyjściu z biblioteki;
  • na ulicy Naamsestraat przy aptece stoi automat z prezerwatywami; rozumiem ideę: jak się ktoś wstydzi poprosić o “TO” w aptece, to może się obsłużyć w bezosobowym automacie;

do tricky thingsów można jeszcze zaliczyć kilka sprzętów w naszym studio, np. elektryczny grzejnik z termometrem i zegarem, ale niby landlord Jan dał nam instrukcję po flamandzku i rysunkowe HOWTO po uniwersalnemu, więc sprzęt jest już prawie oswojony. ogólnie rzecz biorąc mieszkaniec Europy, coby nie mówić, wschodniej, czuje się tu nieco jak tarzan w Nowym Jorku, ale cóż… oswoimy się.

Strona 1 z 5