dasNichts

Mar 30 2009
[Flash 9 is required to listen to audio.]

a jeszcze, póki mi komputer działa i póki jeszcze emacsa nie otworzyłem, zamieszczę “piosenkę na dziś”, za którą pewnie niektórzy się na mnie obrażą (nie obrażajcie się, kochani!). piosenka pochodzi z debiutanckiego albumu pewnej kontrowersyjnej polskiej grupy rockowej i jest to jedyna (podkreślmy: *jedyna!*) piosenka tegoż bandu warta moim zdaniem uwagi. nie wiem, czy nagrywając ją świadomie dystansowali się do siebie i nie wiem, czy zdawali sobie sprawę z komizmu zawartego implicite w utworze, ale… co tam.

idea przyświecająca mi podczas zamieszczania tej piosenki jest taka, żebyście na przyszłość wiedzieli, drodzy czytelnicy, co oznacza, gdy ktoś mówi do was z charakterystyczną intonacją “uważaj!”

Feb 25 2009
[Flash 9 is required to listen to audio.]

muszę przyznać, że nigdy nie mogłem wyjść z podziwu nad ludźmi, którzy robią dobre tłuki. dlatego w piosence na dziś przedstawiamy jeden z ostatnich singli The Prodigy — “Invaders must die”. słuchać tego należy bardzo głośno, najlepiej na głośnikach z tłustym basem.

Jan 26 2009
[Flash 9 is required to listen to audio.]

słuchajcie, dziś po raz pierwszy w tej sesji mam jaką-taką satysfakcję ze zdanego egaminu (epistemologia), w związku z czym przegryzam czekoladę i popijam kawusię. only one more to go!

Jan 09 2009
[Flash 9 is required to listen to audio.]

powiem tylko krótko, że byliśmy w Polsce i że już nas tam nie ma (gdyby nas kto szukał, prawda). miło było ten piękny kraj ponownie zobaczyć, szczególnie zaś miło było spotkać się z przyjaciółmi i podlansować się w IFie.

w związku z trwającą obecnie sesją nie napiszę nic ponad to, że dzisiejsza “piosenka na dziś” pochodzi z najnowszej płyty Nosowskiej, która to płyta wcale mi się nie podoba, a której to płyty słucha mi się bardzo dobrze (otoczony jestem ostatnio takimi właśnie nagraniami: okropna muzyka, a miła). pozdrawiam.

Dec 06 2008
[Flash 9 is required to listen to audio.]

Cechą charakterystyczną muzyki i kultury jazzowej jest to, że kreuje ona, jak żadna inna, Wielkich Liderów. Można by wymienić mnóstwo nazwisk: Duke Ellington, Charlie Parker + Dizzy Gillespie, Louis Armstrong, Ella Fitzgerald, aż w końcu Miles. Miles, co by o nim nie mówić, oprócz pisania i grania wspaniałej muzyki, zasłużył się ludzkości głównie jako nauczyciel, albo raczej jako Wielki Lider, przy którym wyrastali geniusze. Każdy, kto się o Milesa otarł, kto gdzieś kiedyś w jednym z niezliczonych projektów Mistrza się udzielił, stawał się sławny. Wielki Lider, a jakże, miał też piękną zdolność metaliderszipu (proszę wybaczyć okropny neologizm), dzięki czemu tworzył następnych Wielkich, którzy dalej nauczali. Mam konkretnie na myśli czterech pianistów, którzy wychowali się przy Milesie: Jarretta, Hancocka, Corea i Zawinula. (poza nimi chyba największym uczniem Davisa był John C. Johna C. jednak zostawiamy, a zajmiemy się pianistami, bo przecie fortepian najważniejszym instrumentem świata jest) Wielu krytyków, wskazując na postępujący wiek wielkiej czwórki (Jarrett już prawie nie koncertuje i nie nagrywa, Zawinul zmarł w zeszłym roku), poszukiwało od pewnego czasu kolejnego wielkiego pianisty, wielkiego lidera, który pociągnąłby za sobą młodych. W kategoriach trąbienia mówi się o Douglasie, a w kategoriach klawiszy — o Bradzie Mehldau.

Jest młody, ma świetną technikę, grywa z najlepszymi, jest świetnym liderem. Ma chyba tylko jeden problem: nie wie do końca, kim chciałby być i co chciałby grać (nawiasem mówiąc podobną przypadłość przypisałbym rodzimemu artyście, Lesławowi M.). No bo popatrzmy na jego karierę: zaczyna w zespole Redmana, a potem formuje własne trio (z Grenadierem na bassie i Rossym na bębnach). Trio nagrywa kilka bardzo obiecujących nagrań, m.in. świetny cykl “The Art of the Trio”, a ponadto lider nagrywa swoje solowe koncerty (”Live in Tokyo”). Nowe wcielenie Jarretta? Niestety nie do końca, bo w 2005 Rossy odchodzi z zespołu, a trio na następnych nagraniach prezentuje się słabiej. Słuchając “Day is Done” ma się wrażenie, że muzykom zależało przede wszystkim na zagraniu miłych dźwięków. I, co tu dużo mówić, grają miło, ale pozostaje niedosyt. Czekałem trochę na kolejne nagrania tria, ale po przesłuchaniu “Live at the Village Vanguard” (2008) wrażenie pewnego artystycznego zastoju pozostało. Co dalej z Mehldauem i s-ką będzie, nie wiem, choć życzę im jak najlepiej. I bynajmniej nie dlatego, że wyczekuję kolejnego wcielenia Jarretta, otóż nie, ja chcę więcej dobrych nagrań piosenek rockowych!

Tak właśnie, bo na marginesie rozmyślań o przyszłości i przeszłości jazzu, Brad Mehldau kojarzy mi się najbardziej z nagraniami piosenek Radiohead. “Knives Out” na płycie “Day is Done”, “Exit Music (for a film)” z “The Art of the Trio vol. 4″, czy “Paranoid Android” z solowego występu w Tokio. W jednej z recenzji którejś płyty ktoś zasugerował, że Mehldau mógłby spokojnie wydać płytę z samymi coverami i wydaje mi się, że to całkiem niezły pomysł. Wszystkie znane mi wykonania piosenek Radiohead bledną przy tym, co zrobił z nimi Brad Mehldau. Świeże aranżacje, żywiołowe wykonania, naprawdę kapitalna robota. Niestety, na ostatnim albumie nawet piosenka Soundgarden kiepsko się broni. I jeszcze Oasis na początek koncertu? Panie Mehldau, dokąd Pan zmierza?

[ wspominając stare dobre nagrania zamieszczam fragment solowego wykonania Paranoid Android (live) ]

Nov 27 2008
[Flash 9 is required to listen to audio.]

czwartek to najcięższy dzień tygodnia, bo trzeba wstać superwcześnie (8:00!), żeby zdążyć zjeść śniadanie (pindakaas + dżemik), wypić kawę, ogarnąć się i dojechać na wykład z URKS do Hermana (superspoko gość to jest, dlatego linkuję do jego strony). jako że mamy listopad, jest tu prawie zupełnie ciemno rano i prawie zupełnie ponuro. dlatego też, aby nie popełnić samobójstwa podczas jazdy rowerem i nie popaść w depresję, zapodaję sobie mocno rozweselające piosenki w słuchawkach.

takie słuchawki, na marginesie, to jest wynalazek przedni, bo wielofunkcyjny. po pierwsze, zapobiegają samobójstwom i depresji. po drugie, izolują od rzeczywistości ułatwiając jednocześnie jazdę rowerem. how come? proste: jako, że jestem muzykiem i szczycę się doskonałym słuchem, jeżdżąc na rowerze nigdy się nie rozglądam, nie odwracam do tyłu przy skręcaniu w lewo czy wyprzedzaniu, bo przecie słyszę doskonale, czy coś nadjeżdża czy nie. a obecnie, jeżdżąc ze szczelnymi sennheiserami na uszach, nie muszę się oglądać (bo słuch mam przecie dobry), ale też nie muszę się przejmować wytężaniem mego słuchu na nadjężdżające pojazdy, bo i tak ich nie usłyszę. tak więc dzięki słuchawkom jeżdżę bezstresowo. ach, jest jeszcze trzecia doskonała cecha jeżdżenia w słuchawkach: mamy listopad i jest tu już dosyć chłodno, ale jeszcze nie na tyle chłodno, żeby zakładać czapę syberyjską (założyłem ją dopiero dwa razy, jak śnieg padał). szczelne słuchawki zapobiegają więc przewianiu uszu. doskonałe, prawda?

a w “piosence na dziś” przedstawiamy Murzynów prosto z NYC, kochane chłopaki z Public Enemy mówią nam, że rzeczy są harder than you think i to jest prawda (word!) w stosunku do wykładu URKS chociażby, ale i do Prologa można ją zastosować. miłego dnia, kochani!

Nov 11 2008
[Flash 9 is required to listen to audio.]

z okazji Święta Niepodległości nagranie patriotyczne, które zamieściło 11 listopada 2004 nieistniejące już “Życie”. to była cała płyta wypełniona przeróżnymi interpretacjami Mazurka Dąbrowskiego, a możliwość jej wysłuchania zawdzięczam panu Melonowi. w ogóle, to 11 listopada 2004 świętowałem Independence Day z tymże w DS nr 3 na Kickiego, bardzo hucznie i bardzo przyjemnie, jak sobie teraz przypominam.

czy to już cztery lata temu było? ech, życie…

Strona 1 z 3